Dobrze zakochać się we Włoszech

Dobrze zakochać się we Włoszech

Włochy poznałam zimą, wyjeżdżając tam na narty. Lubiłam tam jeździć, bo odpowiednia pogoda była prawie gwarantowana.

Nie czułam wtedy jeszcze magii Włoch, podróże w zorganizowanej grupie narciarzy były poświęcone treningom, a nie smakowaniu tego kraju. Przyznam jednak, że lokalne dania w knajpkach na stoku już ujawniały włoski charakter. No i to bezkonkurencyjne włoskie wino…

Natomiast pierwszą odwiedzoną przeze mnie zachodnio-europejską stolicą był Paryż. Dużo czasu upłynęło od tego momentu, a ja mam wciąż w głowie ten słodko-miejski zapach. Wydawało mi się, że to właśnie francuski klimat, szyk, dźwięk tamtego języka będzie moim ulubionym. Uczyłam się francuskiego, wracałam tam, chłonęłam artystyczny i wielkomiejski klimat. Nawet znalazłam swój ulubiony obraz w Luwrze.

Tak urzeczona Paryżem pojechałam do Rzymu. Na tamten moment nie był on w stanie pobić konkurenta.

Choć oczywiście wiedziałam, co warto zobaczyć, bo byłam wyposażona w listę rzeczy TO DO. Jakie było moje pierwsze wrażenie? Tłumy, wąskie, kręte ulice, dość zaniedbane zabytkowe budynki. Ruch uliczny w zasadzie bez zasad, trzeba być uważnym. Odniosłam też wrażenie, że nie szanuje się tam zabytków, bo wszystko jest zabytkiem. Monumentalne budowle czasem przytłaczały. Szkoda mi było, że piękne fontanny były wciśnięte pomiędzy budynki, a nie eksponowane tak, jak na to zasługiwały. Wrażenie zrobiły na mnie wtedy schody hiszpańskie, place, zabytkowe mosty, pomniki. No i Watykan. Tak się też pechowo złożyło, że w klimatycznej knajpce, w której zatrzymaliśmy się na Zatybrzu, zamówiłam polecane danie z cielęciny, po którym niezbyt dobrze się poczułam (dziś już wiem, że mięso mi nie służy). Wyjechałam stamtąd z przekonaniem, że jednak moja miłość to Paryż.

 

Czasem jest tak, że miejsca wymagają oswojenia.

 

Kiedy kolejny raz pojechaliśmy do Rzymu w większej grupie, popatrzyłam na to miasto z trochę innej strony. Oglądaliśmy te same miejsca, ale wrażenia już były inne. Kawa w uroczych knajpkach, najlepsza na świecie zupa minestrone. Tym razem podziwiałam misterne ozdoby budynków i fontann, urokliwe uliczki, piękne kościoły. Podglądałam Rzymian celebrujących proste posiłki, z filiżanką kawy. Powoli wciągało mnie to „dolce far niente”.

Potem przyszła kolej na przecudną Toskanię, tak różnorodną i malowniczą. Był to czas wakacji, więc rytm dnia był wyznaczany przez pogodę. Wczesna pobudka, drzemka w ciągu dnia i biesiadowanie wieczorem. Wynajmowaliśmy dom od fantastycznego gospodarza, który ugościł nas razem z całą swoją włoską rodziną. O uroku toskańskich miast i krajobrazu nie trzeba nikogo przekonywać, więc… wpadłam. Sąsiadująca z Toskanią górzysta Umbria była kierunkiem kolejnych wakacji. I znów dom wynajęty od Włocha, tak uczuciowego, że żegnając się z nami, miał łzy w oczach. Kraina zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, bo jest równie urokliwa, a mniej uczęszczana i chyba bardziej prawdziwa. Są tam kamienne miasteczka na wzniesieniach, kościoły, cudowne wodospady. Tu mieliśmy ogromne szczęście do wyboru klimatycznych knajpek i lokalnych dań. Było świeżo, prosto, serdecznie.

Odwiedziłam Włochy jeszcze kilka razy. Była Wenecja, Werona, Ferrara, Padwa, Bolonia, jezioro Como. Okazało się, że wraz z liczbą wizyt, mój apetyt rośnie. Do tego stopnia, że kiedy robię co roku swoją mapę marzeń, włoskie obrazki pojawiają się na niej zawsze.

We Włoszech wszystko urzeka – przyroda, kuchnia, sztuka, zabytki, klimat, mnóstwo małych urokliwych miasteczek z ich niepowtarzalną atmosferą. Wrażenie robi piękno i wielkie bogactwo kultury tego kraju. Pogoda, wszeobecne słońce, króre daje radość.

Lubię Włochy za życzliwość ludzi i przede wszystkim za kuchnię. Smak makaronu z oliwą, czosnkiem i natką pietruszki godny jest najwyższych ocen. I dodatkowo za smak wina, nie zdarzył nam się tam nietrafiony wybór.

Przyjeżdzam, słyszę włoski język, oddycham włoskim powietrzem, wpadam na cappucino z rogalikiem i myślę – chwilo trwaj. Dobrze się tu zbiera myśli.

Dodaj komentarz

Close Menu